Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Arabesque - "The Union"

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem holenderski Arabesque. Muzyka ta nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia... Owszem, ładne granie, podchodzące pod całkiem miłą i delikatną odmianę progmetalu - jednak bez rewelacji. Uwagę przykuwały jednak dwie... wokalistki, a ponadto dosyć specyficzna i bardzo prosta, acz niezwykle wyrazista praca gitarzysty Joopa Woltersa - grającego w sposób jakże świeżo odmienny od cybernetycznych wygibasów innych progmetalurgów. "The union" przeleżała gdzieś w cieniu półki czas dłuższy. A potem pojechałem na ProgPower, na progresywny festiwal, na którym miało grać Arabesque. I po obejrzeniu koncertu z zaciekawieniem wróciłem do ich ostatniej płyty. Był to pomysł jak najbardziej słuszny.

Arabesque gra muzykę dla ludzi zmęczonych łamańcami i cyberiadą. Ta muzyka ma duszę, w odróżnieniu od wielu współczesnych płodów mieszczących się w ramach gatunku. Przyznać jednak trzeba, że nie brakuje w niej całkiem niezłego wykopu. Joop, jak już wspominałem, gra na gitarze w bardzo ciekawy, urzekający sposób. Basista Frank de Groot nie dosyć, że wie, do czego używać basowej gitary i naprawdę dobrze się nią posługuje, czasem growluje tak, że ciarki przechodzą po plecach (bardzo fajnie wyglądał na koncercie, z mikrofonem przysuniętym do ust przez stojącą prawie na palcach jedną z wokalistek - Frank jest bardzo wysoki i mocno zarośnięty :) Klawisze, obsługiwane przez Rene Ubachsa brzmią miękko, a ich partie poprowadzone są ze znawstwem i profesjonalizmem. Perkusja - również niczego sobie; to akurat zasługa Marca van Mierlo. Nie można zapominać też o wokalistkach. Te są... Najbardziej intrygującym i jednocześnie kontrowersyjnym "oddziałem" zespołu. Katja Salemi i Nicole de Seriere du Bizournet opanowały bowiem do perfekcji techniczne aspekty sztuki śpiewania, jednak mają dosyć specyficzne barwy głosów. Niektórzy uważają, że to, co wychodzi z ich gardeł przypomina miauczenie kociąt gotowanych w rosole :) Nie mogę się z tym zgodzić; według mnie, o ile faktycznie trzeba niewielkiego wysiłku, aby do śpiewu Pań z Arabesque się przyzwyczaić, o tyle po odbyciu pierwszej, krótkiej sesji odsłuchowej wszystko jest już dobrze i muzyką Holendrów możemy się delektować. Nie ukrywam, że w odbiorze "The union" pomaga mi obejrzany koncert - muzycy Ci są bowiem profesjonalistami i na scenie czują się doskonale. Pełna swoboda, zero pomyłek czy poślizgów. Wiem, że występ Arabesque na ProgPower w Barloo wywarł silne wrażenie na polskiej reprezentacji kibiców :) i nie tylko na niej.

Teraz troszkę o strukturze płyty - całość zaczyna się dosyć ciekawym "Freaking", niestety z najcięższymi do przeżycia partiami wokali. Może dlatego niektórych ta płyta odrzuca? Pierwszy utwór nie jest specjalnie udany, przyznać muszę. Jednak później jest już tylko lepiej. Poprzez "Haunted" dochodzimy do bardzo interesującego, ubarwionymi partiami growlu "Inner voice" - rzecz doskonała! "Last attempt", gdzie wyraźnie okazuje się, że Katja i Nicole są naprawdę dobre technicznie - potem "Captured" z ciekawie poprowadzoną linią instrumentalną i "Instant daydream" którego wstęp przywiódł mi trochę na myśl... "Cover my eyes" Marillion z płyty Holidays in Eden. Następnie najspokojniejsze na płycie "Heal me", które wprowadza lekkie odprężenie przed momentem kulminacyjnym płyty - tytułowym "The union". Zaczyna się energicznie i ciężko, okazuje się, że Arabesque potrafi też zagrać miażdżąco jak walec drogowy :) "The union" jest chyba najbardziej stricte progmetalowym utworem na płycie. Końcówka płyty w postaci "Emotions" i "Afraid to fly" nie pozostawia wątpliwości co do tego, że Holendrzy znają się na swojej robocie.

Reasumując, Arabesque to zespół naprawdę dobry. Być może wokale mogą budzić sprzeczne odczucia, może też cała płyta wydawać się troszkę przydługa. Jednakże nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w zalewie zupełnie beznadziejnego, wyzutego z uczuć progmetalu dzieło Joopa, Katji, Nicole, Franka, Marca i Rene jawi się jako coś ciekawego i intrygującego.

2002-11-25
Comments