Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Arena - "Breakfast in Biarritz"

Arenę trzeba lubić. Zespół o zmieniającym się częściej niż pory roku składzie, w zasadzie nie wnoszący nic nowego do historii muzyki... A jednak poważany w progrockowym światku. I chociaż przyznać trzeba, że niektóre z dokonań Areny (np. ostatni "Immortal?") spotykają się z różnoraką reakcją fanów, w zasadzie dużej słuchalności odmówić zespołowi nieśmiertelnego Nolana i Micka Pointera odmówić nie sposób. Ja także czuję do Areny pewien sentyment; płyty takie jak "Visitor" czy "Songs from the lion`s cage" uważam za dobrą robotę, choć mało oryginalne, to jednak poważne, broniące się zaciekle dzieła. Nie należy się dziwić więc, że z chęcią sięgnąłem po najnowsze koncertowe wydawnictwo tej grupy. A że w moje chętne łapki trafiła rozszerzona edycja płyty - dwukrążkowa, z "obszernym materiałem dokumentalnym", spodziewałem się ciekawostki co najmniej na miarę "Welcome to the stage", znanego mi już dobrze. Tymczasem... Usłyszeć mi było dane twór dziwnej konsystencji. Cóż bowiem serwuje nam wydawnictwo Verglas?

Na początek raczeni jesteśmy "Moviedrome" - jedną z najciekawszych kompozycji pochodzących z albumu "Immortal?". Wstęp jest ciekawy - szepty, słychać wręcz sączący się zza sceny dym, klaszcze publiczność i... rozczarowanie na wstępie. Żadnego wykopu, żadnego klimatu znanego z poprzednich płyt. Sowden, dysponujący charakterystycznym głosem - śpiewa bez przekonania, jakby chciał a nie mógł, perkusja Pointera brzmi płasko i bez wyrazu, a gitarki będące we władaniu Salmona i Mitchella bzyczą dziwnie, miast wprowadzać dobrze znane uczucie mrowienia w dole pleców. Nawet Clive Nolan, klawiszowiec - uczestnik wszelkich dziwnych progresywnych projektów zdecydowanie się nie stara. To ma być Arena? Przyznam, że byłem zniesmaczony. Choć... Minęło to szybko. Wraz z kolejnymi kompozycjami - przez nieco żywszy "Crack in the ice", całkiem smakowite "Double vision" i "Midas vision" oraz resztę nieźle, a na pewno lepiej wykonanych od pierwszego kawałków dochodzimy do clou programu: "A state of grace", "Enemy without" i genialnie zaaranżowanego, pełnego ekspresji "Crying for help VII", które jest o wiele bardziej elektryzujące niż śpiewane a capella przez Wrightsona na "Pride". Napięcie podnosi się horrendalnie po to tylko, żeby zaraz opaść... Bo pora włożyć drugi krążek. A na nim czeka "Chosen" - jeden z moich ulubionych utworów Areny, tutaj spartaczony, a przynajmniej zagrany nie tak, jak bym się spodziewał, bo spłycony i bez wyrazu, dosyć interesujące "Elea" i warty uwagi "Friday`s dream". I wywiad - w zasadzie może i ciekawy, choć wrażenie można odnieść, że nie mówiący o niczym. Ot, panowie siedzą w knajpie, piją Coca-Colę i opowiadają o sobie i o płytach swego autorstwa. Hmmm... O wiele lepiej by było, gdyby wytwórnia - miast raczyć nas takimi smutami - podała na złotym talerzu jakiś sensowny teledysk bądź fragment koncertu, lub po prostu rozbudowała listę utworów. Tym bardziej, że z ust piątki członków zespołu nie pada nic szczególnie interesującego. I finisz... To już minęło sto minut? E? Eeeee...

Przyznam szczerze, że byłem trochę rozbity po pierwszym przesłuchaniu "Śniadania w Biarritz". Spodziewałem się kompletnie czegoś innego, a za niebagatelną cenę kilkudziesięciu złotych otrzymałem tak naprawdę niewiele. Czy płyta nie ma więc żadnych mocnych punktów? Owszem, ma. Po pierwsze: genialna końcówka dysku pierwszego. Czuć w powietrzu energię, to, że panowie rozkręcają się powoli, acz skutecznie, słychać diabolicznie śmiejącego się Sowdena, któremu głos nie łamie się tak, jak na początku nagrania. Słychać Salmona z basem, słychać Clive`a, który stara się o jakieś ciekawsze brzmienia... Mitchell też dosyć zdrowo szarpie struny; jedyne zastrzeżenia można mieć do Pointera, którego gra jest stanowczo za mało spontaniczna. I drugi dysk: przepiękne "Friday`s dream", chyba najlepiej wykonany utwór z holenderskiego koncertu. Czy to jednak wystarczy, jak na dwa krążki wypełnione po brzegi? Chyba nie...

Finalizując, wysnuć można następujące wnioski: po pierwsze, to płyta dla zagorzałych fanów - Ci zawsze znajdą w niej coś dla siebie, jednak nie znającym Areny proponowałbym nabycie innego dzieła tej formacji, chociażby genialnego "Visitora". Po drugie, dzień nagrania nie był dla członków Areny dobrym dniem - czy to na wskutek libacji przedkoncertowej, czy na wskutek ogólnej niemocy nie brzmią oni tak, jak przyzwyczajeni byliśmy ich słyszeć. Do tego mam właśnie największe zastrzeżenia, bowiem nie potrafię potraktować ulgowo z lekka fałszującego na "Double vision" Sowdena, perkusji jak z dna zamkniętego słoika czy ogólnej atmosfery marazmu udzielającej się chyba muzykom. Panowie, gdzie wasza werwa? Po trzecie: wersję bonusową można pominąć przy chęci zakupu czegoś nowego, za wyższą niż wersji zwykłej cenę tak naprawdę nie dostajemy nic. I po czwarte: mam nadzieję, że nie brzmią tak wszystkie koncerty zespołu, który zawsze uważałem za bardzo dobry. Bo jeśli tak, to wolę nagrania studyjne. W każdym razie gwarantuję, że "Welcome to the stage" gwarantowało większą radość z odsłuchu. Za niższą cenę.

Stawiam "Breakfast in Biarritz" ocenę siedmiu punktów. Przy czym z niekłamaną goryczą w głosie stwierdzić muszę, że dwa z nich są jedynie wynikiem mojego do grupy sentymentu. Z najnowszym dokonaniem Areny jest jak z mało słodkim tortem - wygląda ładnie, smakuje w sumie nieźle, ale czegoś w nim brakuje.

2001-05-30
Comments