Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Green Carnation - "Light of day, day of darkness"

Ściemnia się... Drzewa przybrane cienką warstewką śniegu połyskują w świetle latarni za oknem. Jest mróz; malowane na szybie wzory przykuwają wzrok, kiedy rozmarzonym okiem podążam za ostatnimi promieniami światła. Kiedy wynurzam swój umysł z magicznego świata Green Carnation.

Crimson tide
A wave of lost time
Scenario of a velvet blue sky
I dreamed about day
But I lived in the night
I looked and I saw
That in my dream I was so free [...]


Dreszcz przebiega przez plecy skurczonego ze strachu przed codziennością istnienia słuchacza. Głośniki nie nadążają za narkotyczno - klimatycznymi dźwiękami, wydobywającymi się z nich z pełnią tego, co nazywamy pięknem. ""Light of day, day of darkness". Dzieło. Przez duże "D". Sześćdziesiąt minut nieposkromionego, niesamowitego, prawdziwego, mrocznego grania. Zrodzonego z talentu zespołu muzyków, którzy wspięli się na wyżyny Twórczości.

Do Green Carnation podchodziłem z zaciekawieniem, jednak - jak się okazało - żadna ciekawość nie byłaby wystarczająca dla pozyskania nagrody, jaką otrzymałem w chwili, kiedy udało mi się wreszcie ów cudowny krążek przesłuchać od początku do końca. "Światło dnia, dzień ciemności" jest bowiem płytą ze wszech miar wybitną. Chociaż niektórzy z Szacownych Kolegów ;) zarzucają jej wtórność i "liściaste" korzenie, nie dbam o to. Dla mnie jest ona niezwykle romantyczną, arcy-interesującą wędrówką po zakamarkach duszy.

Płyta jest zbudowana bardzo ciekawie. Jej zawartość to jeden utwór o długości... Pełnej godziny. Rozpoczynający się klimatami z lekka art-rockowymi, przechodzi on przez ciężkie, metalowe granie do wspaniałego przerywnika w postaci nastrojowego, bazującego na niesamowitych popisach wokalnych środka, po to, aby przy końcu popaść znów w monumentalne, metalowe granie. Choć... Nie jestem do końca przekonany, czy nazwać mogę gatunek muzyki uprawiany przez Green Carnation metalem. Oscyluje on przecież bardzo zgrabnie pomiędzy gotykiem, brzmieniami cięższymi a muzyką miękką, plastyczną i wyrazistą, pozbawioną niewyraźnego odcienia brutalności. Środki, jakich użyli muzycy do nagrania płyty również mówią wiele o jej wyrazistości; mamy tu chór operowy i dziecięcy, standardowy, acz bardzo rozbudowany zestaw gitar i instrumentów perkusyjnych, sitar oraz... saksofon, grający zresztą bardzo pięknie.

Teksty Tchorta, założyciela formacji i autora koncepcji "Light of day, day of darkness" są uderzająco proste, ale doskonałe. Poetyckie, rozbudowane - tworzące nastrój, poszerzające granice percepcji zjawisk zwyczajnych. To, czego człowiek ten dokonał wespół z In The Woods - nieistniejącym już - odbiło się korzystnie na obecnych jego pomysłach.

Nie potrafię dokończyć tej recenzji, podchodząc do rzeczy w sposób techniczny i bezuczuciowy. Rzadko zdarza się bowiem, żeby wydawnictwo, o którym nic wcześniej nie słyszałem, pojawiające się znikąd, nie wychodziło z mojego odtwarzacza, rozgrzewając go do czerwoności. Wywoływało tyle emocji.

Green Carnation jest wielkie. Można by rzec, "grajcie je głośno przy zgaszonych światłach". Ranga wielkości podobna. Ocena: 10. Inaczej nie mogę. Nie byłbym uczciwy wobec samego siebie.

If what I wrote was real
Could I then a God be?
Would what I see
Then be part of reality?
Would I then reach divine entity?

2002-03-25
Comments