Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Jelly Jam - "Jelly Jam"

Jelly Jam to trzech członków Platypusa, pozostałość po grupie, która stworzyła plasujące się w tzw. "niskich stanach średnich" "Ice Cycles" - krótko mówiąc, cała ekipa rowerzystów bez Dereka Sheriniana. Gitarzysta/wokalista Ty Tabor, dobrze nam znany basista John Myung i bębniarz Rod Morgenstein postawnowili nie poddawać się bez wsparcia byłego klawiszowca Dream Theater i nagrali płytkę bardzo sympatyczną - "Jelly Jam" właśnie.

Trwający czterdzieści pięć minut krążek mógłby zostać poczytany za klasyczną pokazówkę w zakresie "jak nagrać ciekawą, interesującą płytę bez grzebania się w całej tej progresji". Ambitny, wysublimowany, lekki rock jaki serwują nam Galaretkowcy jest całkiem frapującą propozycją z gatunku płyt, których odsłuch czasem konieczny jest do zachowania sensownego poglądu na ogół muzyki płynącecj z lewa i prawa. Poprzez kilka początkowych utworów, tchnących nieco świeżego, acz klasycznego ducha w muzykę Jelly Jam przechodzimy do reszty jakże miłych uchu "wypełniaczy"; po to, by zapaść się w najmocniejszy utwór na płycie - "The jelly jam". Wspaniały, ambientowo - transowo - psychodeliczny kawałek jest tym, dla czego warto produkcję trzech Panów nabyć. Rewelacja! Pachnące Porcupine Tree, Djam Karet, może czymś jeszcze innym, niepoznanym pięć minut muzyki to niewiele - ale mimo wszystko, broni się zajadle, o czym proponuję przekonać się na własne uszy.

Instrumentalnie Jelly Jam jest w porządku; nie ma się zresztą czemu dziwić, w końcu wszyscy trzej członkowie formacji to profesjonaliści wysokiej klasy. Słychać też, że jest to płyta nagrana dla zabawy; po prostu dobrze rozumiejący się ludzie postanowili stworzyć coś, czym mogliby dać wyraz swojemu twórczemu uniesieniu bez babrania się w wyidealizowanych tekstach. Wyszło to "Jelly Jam" zdecydowanie na dobre. Moim skromnym zdaniem udało się Taborowi, Myungowi i Morgensteinowi zrobić coś, czego dokonać nie mogli pod szyldem Platypusa - nagrali bowiem album po prostu dobry. Bez rewelacji, acz uczciwie i ciekawie. I chyba o to chodziło...

Polecam krążek "Jelly Jam" wszystkim tym, którzy czują się znudzeni art-rockiem i progmetalem, tym, którzy chcieliby na krótki moment oderwać się od ciężkich, pozakręcanych brzmień czy niewysłowionej głębi rozważań płynących z odsłuchu tekstów innych wykonawców. Solidna, utrzymana w dobrym tonie produkcja.

Proszę tylko nie patrzeć na zdjęcie Johna Myunga na wkładce. Czegoś tak okropnego w życiu nie widziałem. Ale to na marginesie... ;)

2002-05-13
Comments