Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Marillion - "Brave"

W 1994 roku Marillion zafundował swoim wiernym fanom coś, czego nie mogą zapomnieć. Postawił wysoko poprzeczkę. Od 1994 roku każdy art-rockowy album opisujący jakąś historię porównywałem do „Brave”. Bezskutecznie. Nie ma porównania.

Czy zdarzyło się Wam kiedyś płakać przy słuchaniu muzyki tak pięknej, że serce podchodziło Wam do gardła? Czy myśleliście kiedyś, że nie można śpiewać o rzeczach tak prawdziwych, bolesnych i idealnych zarazem? Czy zdawało się Wam, że umieracie i rodzicie się na nowo za każdym razem, kiedy niewiele na pozór znaczący kawałek plastiku ląduje w Waszym odtwarzaczu?

Tego własnie doświadczam, ilekroć słucham „Brave”. Płyty, którą bez wahania nazwać mogę najważniejszą art-rockową płytą lat 90-tych i najważniejszą dla mnie w ogóle.

Wszystko zaczyna się jasnym światłem
W świetle i szumie
W chaosie zmysłów i krzykach namiętności...


Steve Hogarth pisząc swoje teksty nie wiedział nawet, jaką burzę uczuć wywoła w sercach słuchaczy jego Poezji. „Brave” towarzyszy mnie i wielu innym niepoprawnym romantykom od dawna już i w obecnym stanie nie wyobrażamy sobie, żeby kiedykolwiek mogło być inaczej... Ta płyta jest jak cudowny balsam, który leczy; odnajdywanie kolejnych prawd w niezwykle szczerych tekstach Hogartha i porównywanie ich do własnych losów stało się jedynym pocieszeniem wielu tych, którzy w „Brave” uwierzyli. I którzy zakochali się w nim, a raczej w Niej, od pierwszego wejrzenia. Kiedy lider grupy śpiewa o Wielkim Kłamstwie, w którym wszyscy żyjemy, umysły przenika dreszcz:

Paplanie rodzinki... Durna telewizja...
Ryk autostrad i gromy odrzutowców.
Chemikalia w wodzie
Prochy w jedzeniu
Kuchenne zamieszanie i nacisk systemu...


- któż tego nie doświadczył? Któż nie załamał rąk nad losem Bohaterki „Brave”, uciekającej i żegnającej się ze światem, z tym wszystkim, co na co dzień stawało pomiędzy nią a szczęściem, spokojem, którego poszukujemy? Czy znajdzie się choć jeden fan muzyki art-rockowej i muzyki postrzeganej jako całość, który z zaciśniętymi ustami powie: „Ta płyta nic nie znaczy.”? Nie ma nikogo takiego. Leczyłem tą płytą już wielu. Fanów Marillion i tych, którzy odżegnywali się od jakichkolwiek związków z rockiem progresywnym. Słuchali jej moi przyjaciele, rzuceni w paszczę szaleństwa, stojący nad przepaścią desperaci i załamani kolejnymi niepowodzeniami przegrani, którym nigdy nic nie wychodziło tak, jak powinno. Słuchałem jej sam, kiedy nie mogłem sobie poradzić ze sobą; kiedy widmo coraz bliższego otępienia i zapadnięcia się po kolana w szlam otaczający mnie na co dzień było widoczne bardziej, niż kiedykolwiek. Słuchała jej Ona, zanim pogrążyła się w niebycie nieświadomości, zanim wykonała ostatni telefon. Zanim ujrzałem miraż jej sylwetki, w ponure, jesienne popołudnie. Żegnajcie wszyscy. Żegnaj.
I nie raz pytałem, czy jestem szalony. Któż inny mógł powiedzieć to lepiej niż Steve Hogarth? Niejeden obraz wymalował w mojej głowie; nie wszystkie jednak były kłamstwami. Większość z nich stały na sztalugach prawdy.
Największej.

Nie ma nic cięższego niż miłość. Nic nie powoduje takich odruchów; nic nie zamienia zwykłej egzystencji w coś cudownego; nic poza miłością. Tą jedyną i prawdziwą, która tak naprawdę nie istnieje – zawsze kończy się rozczarowaniem, płaczem Błazna na opuszczonym placu zabaw. Po raz kolejny pozostawionemu sobie w beznadziejnym, brudnym, otaczającym go luksusie codzienności. Opuszczonym. Bez sił do walki.

Jaka waleczna
Waleczna dziewczyna
Nigdy przedtem nie kłamała... [..]
Widzę jej smutek w twojej twarzy
Jest w tobie
I płacze...


Nigdy wcześniej nie słyszałem nic piękniejszego, rozbudowanego o cudowniejsze dźwięki. Nic nie wstrząsało mną do głębi w sposób tak bezpośrednio uderzający. Żadna książka, żadna płyta nie opowiadała historii tak bliźniaczej do mojej; do historii tysięcy współczesnych romantyków, spadających z księżyca tak często i tłukących przy tym swoje kości tak boleśnie. Podnoszących się po kolejnych upadkach.

Nie pytaj, dlaczego to robię
Nie zrozumiesz
Zadajesz złe pytania
Nie będziesz mógł zrozumieć [...]
Jestem prochem na wodzie, gdzieś daleko
I spadłam, spadłam z księżyca...


To, co najlepsze w płycie Marillion to uczucie realizmu opisywanych wydarzeń towarzyszące odsłuchowi. Żaden inny znany mi concept-album nie jest tak spójny, tajemniczy i interesujący. Wiem, że to, co podoba się fanom płyty najczęściej odbierane jest przez pryzmat własnych przeżyć. Tylko tak można „Waleczną” poczuć, zrozumieć – tylko w ten sposób można w niezwykle pięknych, arcymistrzowskich brzmieniach odnaleźć siebie.

Dla ery Fisha „Misplaced Childhood” i „Clutching at straws” były tym, czy dla ery Steve`a Hogartha „Brave”. Szczytem możliwości, niedoścignionym później ideałem, absolutem. Dla wielu innych wykonawców wszystkie te płyty są szczególne. A dla mnie – i nie tylko dla mnie – to właśnie „Brave” jest Tą płytą. Tą jedyną. Spośród wielu innych wspaniałych zespołów Marillion wybił się jeszcze raz, pokazując klasę właściwą najlepszym. Tworząc coś ponadczasowego.

Jedyny place zabaw, na którym się nie przegrywa i jedyny most, z którego upadek kończy się odrodzeniem. Namalowane przez Malarza, którego farby nigdy nie wyschną.

A to wszystko dlatego, że pozwoliłeś mi zobaczyć
Co jest prawdą, a co jest fałszem
Jak moje wnętrze i to, co na zewnątrz
jest ponownie tworzone przez Ciebie...


2002-02-14
Comments