Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Nefilim - "Zoon"

Carl McCoy jest człowiekiem tajemniczym. Szaman, mistyk i genialny wokalista o charakterystycznym, chropowatym głosie wraz ze swoją kapelą - Fields of the Nephilim - parę lat temu dołożył swoje solidne pięć groszy do historii gotyku. Wszak to z rąk (ust? :) tego pana wyszło legendarne i niesamowicie klimatyczne "Elizium"... Płyta, której recenzję właśnie czytacie nie jest kolejną płytą Fieldsów (swoją drogą, oczekiwaną w napięciu :) lecz solowym dziełkiem enigmatycznego Karola. I choć wydana została w 1996 roku, warto ją przybliżyć ogółowi, gdyż mimo pięciu lat, jakie minęły od jej premiery - wciąż budzi radosny dreszczyk w dole pleców. Piszę o niej również dlatego, że jest w zasadzie nieznana nikomu, poza najtwardszymi fanami McCoya ze względu na swój wyjątkowo ciężki charakter, a więc tym bardziej należy ją polecić jako swego rodzaju cukiereczek. Pikanterii dodaje fakt, że dostać "Zoona" jest niezwykle ciężko; nieliczne taśmy i kompakty znajdywane w sklepach muzycznych są natychmiast wykupowane. Zaręczam; nie ma się czemu dziwić. "Zoon" to dzieło wybitne.

Przejdźmy jednak do samej płyty, do tego, co najsmaczniejsze ;) Krążek otwiera "Still life" - utwór, od słuchania którego słabsi osobnicy mogliby dostać apopleksji. Szybka, trashowa jazda połączona z zsamplowanymi brzmieniami rodem z muzyki elektronicznej i tempo, które rozsadza... Ryki, jęki, growl Carla... Na "Zoonie" McCoy w zasadzie tylko growluje. Choć w takich utworach, jak "Shine" słychać czasem coś ponad piękne "Hrrrr..." ;) Oczywiście, to żart. Normalnego śpiewu, pięknego głosu wokalisty jest na tej płycie dosyć dużo. Wbrew pozorom (a wydawać się tak może po usłyszeniu wstępu do płyty), "Zoon" to krążek spokojny i melancholijny, na którym muzycy po prostu - chcąc wyrazić bardzo poetyckie teksty, jak to u McCoya w zwyczaju - operują pewnymi dosyć, hmmm, specyficznymi ;) środkami ekspresji. Po szybkim wstępie i "eliziumowatym" Shine przechodzimy do "Penetration" - chyba najbardziej drapieżnego utworu na płycie. Szczerze przyznam, że takiego połączenia gotyku, metalu i brzmień elektronicznych nie słyszałem nigdy wcześniej... Od tej muzyki bije ciemność, mrok, ale z gatunku tych lepkich - które wciągają i nie pozwlają się wyrwać. Mrok ciepły...

I skok w "Melt", czyli "Catching the butterfly". Znów wolniej, spokojniej, w zadumie... Wśród mgły, można by rzec - dymnej zasłony zrobionej z dźwięku. Mocno przesterowany wokal, piękny tekst, McCoy wprost hipnotyzujący. Tylko po to, by za parę minut uderzyć w "Venus decomposing" - trashowe, przywodzące na myśl (przynajmniej mnie :) Opethowy "Blackwater park".

"Fear is losing control
Fear is losing your life
Fear is taking your soul
Fear is you are mine..."


"Pazuzu". Kolejny utwór, w którym Carl odwołuje się do mitologii... Pazuzu to babiloński, zdaje się (niech mnie ktoś naprostuje, jeśli się mylę :) demon. Czy trzeba mówić więcej? Krew, czarny deszcz, łzy, pogrzeby i rozdarte serca, po prostu pomnożone przez x Fields of the Nephilim. Tak miło, a niestety już się kończy... Oto bowiem tempo zwalnia, przechodząc w dwie części "Zoona" - utworu tytułowego. Pierwsza, spokojna i piękna przywodzi na myśl "Elizium" właśnie - naprawdę, słychać je tu w każdym dźięku, w każdym słowie Carla. Podobnie jest z częścią drugą; "Wake world" to utwór poetycko rozbudowany i czysty, choć cięższy od poprzednika, z wyraźnie zarysowaną partią ciężkiej, potężnej gitary Paula Milesa. Płyta kończy się po prawie sześćdziesięciu minutach kompozycją "Coma" - "Śpiączka" - w czasie trwania której słychać w tle bicie ludzkiego serca. Jest to bardziej outro, niż osobny utwór, który w cudowny sposób finalizuje wielkie dzieło Szamana.

Jaka jest tematyka płyty? Cóż... W zasadzie, rzec by można, standard wytyczony wcześniejszymi płytami McCoya. Śmierć, zniszczenie, potępienie, rozkład i wieczne ubolewanie nad maleńkością człowieka wobec jego problemów i wobec mocy sił ciemności. Całość podana jest jednak w sosie, który nakazuje wywody wokalisty i autora tekstów odczytywać przez pryzmat mistycyzmu właśnie; jestem również przekonany, że choć na pozór treści, do jakich odwołuje się średnio co drugi wers McCoy tchną satanizmem i innymi nieciekawymi rzeczami, w rzeczywistości są po prostu przesłaniem dla nas. Podpowiadają, że tak naprawdę demony tkwią w człowieku. W każdym z nas.

Dla fanów Fields of the Nephilim i klimatów, które są tak ciężkie, że można kroić je nożem - "Zoon" to pozycja obowiązkowa. Dziewiątka bez wahania. Dlaczego nie dziesiątka? Cóż, choć na swój sposób odkrywczy - "Zoon" jednak pachnie starszymi dokonaniami Carla jak stare, indiańskie ponczo pejotlem szamanów...

2001-09-03
Comments