Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Star One - "Live on Earth"

Pamiętam jeszcze, w jakim szoku oglądałem z przyjaciółmi koncert Star One w Antwerpii. To był najważniejszy jak do tej pory koncert mojego życia – fakt, mam na punkcie projektów Lucassena lekkiego hopla, jednakże nawet obiektywnie muszę przyznać, że oprawa widowiska i sam profesjonalizm muzyków zrobił na mnie ogrome wrażenie.

Tym bardziej doczekać się nie mogłem na zapowiedziane wkrótce po zakończeniu trasy dvd i dwupłytowe wydawnictwo koncertowe, będące zapisem występu z Rijjsen - czyli ostatniego koncertu na trasie, który odbył się 5 października 2002 roku. Jak się okazało, na dvd musimy jeszcze poczekać – jednak kopia promocyjna „Star One – Live on Earth” dotarła do mnie bardzo szybko, przywołując miłe wspomnienia.

Muzycy Star One to profesjonaliści. Koncert powala pięknym brzmieniem, bardzo naturalnym i surowym. Wszystko jak na talerzu, słychać, że dźwięk obrobiono w bardzo niewielkim stopniu. Wokaliści powalają na kolana – Damian Wilson najbardziej uderzająco brzmi w „Eye of Ra”, Robert Soeterboek przejmujący pałeczkę nieobecnego niestety na koncertach Dana Swano swoim niskim głosem nadaje całości nieprzeciętny smaczek, ba, posuwa się nawet do chrypy świdrującej w uchu aż miło. I Russel Allen. Pozwolę sobie zgodzić się z opinią mojego znajomego, który twierdzi, że jest to jeden z niewielu wokalistów „progowych” śpiewających live... lepiej niż na płytach. Dokładnie tak jest. Kto nie usłyszy Allena w akcji na koncercie, nie wie tak naprawdę, jak wspaniale można posługiwać się techniką wokalną, jednocześnie opanowując do perfekcji tajniki typowego rockowo-metalowego, drapieżnego śpiewu... Trzech wokalistów wspomagają dzielnie siostry Jansen, Floor i Irene, które udzielają się w chórkach, brzmiących równie rewelacyjnie. Instrumentaliści są dobrzy? Owszem. Oczywiście Arjen na gitarze, a razem z nim na klawiszach doskonały, młody i bardzo utalentowany Joost van der Broek (na co dzień Sun Caged). Do tego Peter Vink, legenda gitary basowej, znany wszystkim Ed Warby na garach i już wiadomo, że ten zestaw słabym być nie może. Miły akcent tworzy obecność grającej na flecie Ewy Albering, kiedyś flecistki Quidam, na stałe osiadłej w Holandii.

Zaczyna się „Lift off” – jak i studyjny krążek Star One. Potem prowadzeni jesteśmy poprzez utwory ze wszystkich właściwie płyt Ayreon. Mamy tu „Dreamtime” i „Eyes of time” (zwracające uwagę śliczne partie Wilsona), „Songs of the ocean”, odśpiewany bardzo dynamicznie i to razem z publiką; następnie przekrój przez sagę „Universal migrator” i... zejście w dół dyskografii, do „Into the electric castle”. „Isis and Osiris”, otwierający drugą płytę to czysta, niczym nie pohamowana masakra! Rewelacja... Ekspresja wokalna, klimat, wszystko tutaj miażdży i nie pozostawia wątpliwości co do doskonałości wydawnictwa. A potem jest już tylko lepiej, słychać – jak i było słychać to na żywo – że muzycy rozkręcają się przed pięknym finałem w postaci „Castle hall” i „Eye of Ra” właśnie. Kiedy już natomiast wydawać by się mogło, że to wszystko, że więcej już tego wieczora nie zaśpiewano, otrzymujemy ostatniego, potężnego kopa w postaci „Starchild” (wbudzającego w drżenie szyby w moich oknach :) i „The two gates”, podczas którego następuje jedyne w swoim rodzaju przedstawienie muzyków, a Robert Soeterboek... rapuje nawet przez chwilę. I koniec... Już? Tak szybko? Szkoda...

Jako zadeklarowany fan, ba – miłośnik prawie :) – muzyki Arjena Lucassena nie mogę tej płyty nie ocenić wysoko. Koncert odegrany jest na najwyższym poziomie. Właściwie można by poczynić z niego wzorzec do naśladowania dla wielu innych zespołów. A w moim oku wciąż kręci się łza wywołana wspomnieniami z Antwerpii... Mocne dziewięć.

Thanks to Peter Klapproth for speed :) and Arjen Anthony L.

2003-04-05
Comments