Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Sylvan - "Artificial paradise"

"Zmysły mówią nam,
że rzeczy ziemskie istnieją
tylko po trosze
A ta prawdziwa rzeczywistość
jest tylko w snach."

Charles Baudelaire

Dawno już nie słyszałem tak pięknego, olśniewającego art-rocka. Choć właściwie... Bardziej w kierunku typowego neoproga kierują się muzycy z niemieckiego (!) Sylvana. "Atrificial paradise" to płyta zdecydowanie bardzo dobra. Cóż my tu mamy i skąd się wzięło?

Po swoim ostatnim "Encounters", na którym wyraźnie słychać było echa ogarniającej Niemców miłości do pięknego, starego art-rocka teraz przyszła pora na rozbudowanie wizji zarysowanych na poprzedniej płycie. Pod koniec 2001 roku studio Sylvana zlokalizowane w Hamburgu rozbrzmiało nowymi dźwiękami. Na przestrzeni dwóch miesięcy powstało osiem przepięknych kompozycji i finałowa, rozbudowana, ponad dwudziestominutowa kulminacja albumu - utwór tytułowy. Jak się okazuje, szybko nie znaczy wcale niedokładnie i bez pomysłów. Wręcz przeciwnie. Co słychać w muzyce Sylvana? Inspiracje są potężne. Najwięcej chyba tutaj Porcupine Tree z "Lightbulb sun", dużo Marillionu - ale uwaga! wczesniej ery Hogartha... Trochę dźwięków a la Jadis... I cała masa pięknych, własnych dodatków. Nie dziwota, że wyszło z tego małe arcydziełko. Muzycy to profesjonaliści, realizacja płyty jest świetna... Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na linie wokalne i doskonałego wokalistę - Marco Gluhmanna.

Zaczyna się bardzo klimatycznie i spokojnie. "Deep inside" i "That`s why it hurts" to dwie przepiękne, wyrafinowane i dopieszczone kompozycje. Nie ma tutaj mowy o żadnym przekombinowaniu, wszystko brzmi jak powinno. W "Strange emotion" napotykamy na ciekawe chórki, wprowadzone dzięki współpracy z Miriam Schell. Ciężko mi określić, jaki w jaki nastrój wprowadza mnie ten utwór - jest to coś pomiędzy skrajną błogością a refleksyjną zadumą. Tak jest zresztą z całą płytą... Wchodzi jak w masło :) Wracając: jako czwarty, na tacy dostajemy "Human apologies", zaczynający się dosyć ostro a potem przechodzący we wspomaganą charyzmatycznym głosem Marko, instrumentalnie dosyć połamaną, progresywną jazdę kojarzącą mi się właśnie tak mocno z "Porkami". A potem... "Timeless traces", spokojne, trochę pachnące RPWL (zagrane jednak w sposób, o jakim RPWL pomarzyć nawet nie może, nie ta klasa...). Nadchodzące "I still believe", mocniejsze niż poprzednie utwory, "Around the world" i "Souvenirs" to tylko doskonała przekąska przed tym, co czeka nas na końcu. Tytułowe "Atrificial paradise" to prawdziwy majstersztyk! Wiemy wszakże, że dzisiaj skomponować tak długi utwór bez wpadania w przynudzanie to rzecz niełatwa - wielu próbuje, produkując gnioty, o których tak naprawdę zapomina się już po przesłuchaniu i w których nie sposób się nijak zatracić. Tutaj jest inaczej. Trudno powiedzieć mi na dobrą sprawę, co myślę, kiedy słucham owego la grande finale. Stopniowanie napięcia, ekspresja, wszystko doprowadzone jest do idealnie skrajnych wartości. Ach, zapomniałbym: strajkowaliście przeciwko hogarthowemu "rapowi" na "Anoraknophobii"? Nie dziwię się. Usłyszcie, co robi Marco! Steve, ucz się, ucz ;) Po dwudziestu minutach siedzi się nadal w fotelu i zastanawia: "O Boże, to się już skończyło?" To po prostu trzeba usłyszeć. Stanowczo polecam, a nawet nakazuję tym, którzy uważają się za fanów progresywnego grania.

Jak więc mogę ocenić Sylvana na coś mniej niż osiem? To bardzo wysoko. Nie, ta płyta nie jest wybitna. Wszakże to wszystko już było, kiedyś i gdzieś słyszeliśmy rzecz podobne... Mimo to jednak, pozostaje w pamięci na długo. Jest doskonale wyważone, ciepłe, mądre i tchnie perfekcjonizmem. I nie pozostawia wątpliwości co do tego, że wyrosła nam nowa gwiazda gatunku.

Oby tak dalej, Panowie.

Danke, Nicole ;)

2003-01-27
Comments