Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Symphony X - "The Odyssey"

Po nagraniu ostatniego albumu koncepcyjnego "V - The new mythology suite" Russel Allen i jego koledzy ochoczo wzięli się do roboty. Wydali wspaniały, dwupłytowy koncert "Live at the edge of forever", a potem zamknęli się w studiu. I długo z niego nie wychodzili... Russel, spotkany przez polską ekipę na koncercie Star One w Antwerpii powiedział, że nowe Symphony X będzie nieco inne niż znane nam dotychczas, znacznie mocniejsze. I tak też jest.

Tym razem panowie wzięli sobie za podstawę scenariusza legendę o Odyseuszu i jego podróżach... Składający się z ośmiu utworów "The oddysey" jest bardziej spójny niż wspaniała skądinąd "Piątka". Już na samym wstępie słychać, że w istocie nieco zmienił się wizerunek muzyczny Symphony X. Michael Romeo gra w sposób o wiele mocniejszy niż wcześniej, a Russel zupełnie inaczej używa swojego głosu. Brak tu pół-operowych partii, śpiewnych i rozwlekłych - wokalista koncentruje się raczej na drapieżnej, prawie thrashowej momentami linii melodycznej. I chociaż mamy na płycie także fragmenty prawie zupełnie spokojne, jak wstęp do "Accolade II", to wydawnictwo samo w sobie nastawione jednak jest na przejście po słuchaczu jak walec drogowy.

Zaczyna się typowo, jak dla Symphony X, tyle, że z większym niż zazwyczaj wykopem - już pierwsze wokalizy nie pozostawiają wątpliwości co do stylu, jaki objął teraz Sir Russel. Poprzez dwa kolejne utwory, "Wicked" i "Incantations of the apprentice", które objawiają nam nieco zmienioną stylistykę grania, dochodzimy do najbardziej chyba klasycznego na płycie, wspomnianego już "Accolade II" z pięknymi partiami klawiszy. Jest to chyba najbardziej balladowy utwór na płycie, choć nie pozbawiony również energetycznej drapieżności. "King of terrors", kolejny silny akcent z jedną bardzo ciekawą rzeczą - samplami z "Final Experiment" Ayreona na początku! A przynajmniej tak się wydaje, gdyż są one bardzo charakterystyczne, żeby nie powiedzieć: identyczne. Jest to całkiem możliwe, gdyż obydwaj Panowie są dobrymi przyjaciółmi, a więc... Tak czy inaczej, powerowo brzmiacy utwór jest bardzo ciekawy i dostaje dużego plusa za tzw. "cały czas do przodu". W nim także słychać bardzo thrashowe riffy, jakie podaje nam Michael Romeo, kojarzące się często z muzyką zupełnie inną. A potem szybkie i miażdżące "The turning", które nie pozostawia na słuchaczu suchej nitki i jasno pokazuje, kto dzierży prym lidera w gatunku, jaki na własny użytek nazwę prog-power-metalem. I w końcu długie, trwające ponad dwadzieścia cztery minuty "The odyssey", podzielone na siedem części, oparte na rozbudowanej stylistyce, do której pierwsza część płyty zdążyła nas już przyzwyczaić.

Najnowsza płyta ze stajni Symphony X jest bardzo dobra. Nie mamy tu wprawdzie do czynienia z niczym rewelacyjnym, jestem jednak przekonany, że fani zespołu znajdą tu dla siebie wiele interesujących rozwiązań, a ci, którzy posłuchają Allena i spółki po raz pierwszy także nie będą czuć się rozczarowani. Bardzo dobra koncepcja, świetna realizacja i wyrobiona marka.

2002-11-12
Comments