Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

The Old Dead Tree - "Nameless disease"

Jeśli mam być szczery, do tej pory nie rozumiem, dlaczego o Old Dead Tree jeszcze nikt nic na Caladanie nie napisał. Pierwsza długogrająca płyta zespołu, "Nameless disease", to produkcja nie najnowsza, a jednak wciąż przykuwa uwagę swego rodzaju świeżością a przede wszystkim emocjonalną wymową. Cały bowiem szkopuł polega na tym, iż czterech młodych, utalentowanych Francuzów postanowiło nagrać ją jako wyraz szacunku dla swojego zmarłego kolegi – poprzedniego perkusisty Old Dead Tree, Frederica, który popełnił samobójstwo w roku 1999. Rzadko spotyka się nagrania, których teksty w całości i od początku do końca poświęcone są pamięci kogoś, kogo już nie ma, zwłaszcza w tak wyrazisty sposób. Trudno to wyrazić, próbuję jednak dać Wam do zrozumienia, iż liryki Manuela Munoza, frontmana zespołu nie są uroczymi metaforami i wzniosłymi peanami na cześć Frederica – one są po prostu brutalnie prawdziwe i bez owijania w bawełnę pokazują cały żal, jaki trawi kolegów z zespołu po śmierci przyjaciela. Munoz śpiewa, że nie rozumie, dlaczego to wszystko się stało, dlaczego samobójca nie zwrócił się do niego o pomoc, dlaczego wszyscy musimy uczestniczyć w tak ponurych wydarzeniach, jak chwile odejścia najbliższych osób... Płyta chwyta za serce i rozdziera je na kawałki, jest naprawdę jedną wielką, czystą emocją, tętni i zapada w pamięć. Mnie w jakiś przedziwny sposób osiadła w tej samej części umysłu, co szacowne "Light of day, day of darkness" Green Carnation czy też "Judgement" Anathemy. Ten sam rodzaj smutku, bolesny i... oczyszczający. Tyle o warstwie tekstowej; każdy, kto posłucha, z pewnością dopisze sobie kolejne wnioski.

Druga sprawa to muzyka. I tutaj Old Dead Tree broni się zacięcie. W "Nameless disease" słyszę te wszystkie rzeczy, które w metalu kocham najbardziej. Brutalne, z dna gardła growle, melancholijne, klasyczne wokale nie pozbawione jednak energii, świetne melodie, wydajnie pracujące gitary, równo walącą perkusję i fajnie brzęczący bas. Wokalista, czyli wcześniej wspomniany Manuel Munoz dysponuje bardzo porządną skalą głosu – trochę jak Mikael Akerfeldt, zdobywa się na potępieńcze dźwięki, jak i delikatne lub bardziej rockowe czyste partie. Na przemian, bez problemów i charczenia. Aż miło tego Pana posłuchać. Basista Vincent Danhier wie, do czego basu używać i jak to robić, aby połechtać mój zmysł estetyczny – także samo perkusista, Frank Metayer i gitarzysta, Nicolas Chevrollier. Do perkusistów zresztą Old Dead Tree nie ma szczęścia, gdyż o ile mi wiadomo, Frank po nagraniu "Nameless disease" opuścił zespół i jego koledzy wciąż szukają godnego następcy. Cóż... Bywa.

Chciałbym położyć nacisk na fakt, iż muzyka prezentowana przez czwórkę Francuzów jest bardzo, ale to bardzo melodyjna, niejednokrotnie w rockowy lub wręcz popowy sposób. Czasem zwraca na siebie uwagę tak, jak utwory z pierwszych pozycji list przebojów – wpada w ucho niczym najnowsza produkcja Britney Spears, ale zostaje w nim w sposób o wiele przyjemniejszy. I nie wstydziłbym się jej nucić, jadąc autobusem, czego o wytworach cycatej blond-piękności z Hameryki powiedzieć nie mogę...

Jest i łyżka dziegciu! Dziegć – ach, słowo to czyni furorę w naszych recenzjach, aż za serce mnie chwyta powrót do tej staropolskiej terminologii. Tym razem dziegciem będą dwie rzeczy, czyli zapodam (niech żyje hip-hop!) Państwu dwie jego łyżki: po pierwsze, realizacja płyty, która jest tylko poprawna. Wprawdzie mogę słuchać "Nameless disease" bez oporów jakie towarzyszyły odsłuchowi ostatniego Into Eternity na przykład (do tej pory nie mogę się zdziwić, jak realizacja mogła aż tak zepsuć czyjeś dzieło...), ale muzyka Munoza i spółki zasługuje po prostu na coś lepszego. Ot, tak właśnie. I druga rzecz: okładka. Pożal się, Boże. Tak nędznej okładki płyty nie widziałem już dawno. Wiem, wiem, nie okładki się słucha, jednak ma ona ogromne znaczenie dla dopełnienia odbioru, przynajmniej moim zdaniem. A tymczasem odnoszę wrażenie, że za jej poskładanie był odpowiedzialny ten sam koleś, który doszczętnie pozbawił uroku wkładki do dwóch Atroxów – "Contentum" i "Terrestrials". Jest to etatowy, zatrudniony przez Season of Mist partacz, który kładzie na łopatki każdą realizację graficzną, której się dotknie. Nie jestem nawet w stanie zbyt dokładnie opisać kataklizmu, jaki spogląda na mnie zza plastikowej obwoluty. Jedyną dobrą częścią bookletu jest zdjęcie zespołu na jego ostatniej stronie, chociaż proszę zwrócić uwagę, że jeśli już piszę o tym, to znaczy, że jest naprawdę źle. Mam nadzieję, że w przyszłości Old Dead Tree będzie miało więcej szczęścia w tej materii.

Reasumując: płyta bardzo porządna, na dobrym poziomie, wręcz urzekająca. Warta posłuchania. Nie jest to nic ultra-wybitnego, jednak broni się zaciekle i jeśli kiedyś będę miał szansę usłyszenia materiału z „Nameless disease” na żywo – bez wahania ją wykorzystam.

2004-07-12
Comments