Music‎ > ‎Recenzje płyt (pl)‎ > ‎

Waltari - "Yeah, yeah, die, die - death symphony in deep C"

Muszę przyznać, że recenzja tej płyty jest dla mnie trochę wyjątkowa - po pierwsze dlatego, że recenzuję materiał stary, bo z 1996 roku, a po drugie dlatego, że Waltari ze swoim ""Yeah yeah, die die"" zajmuje w mojej prywatnej bibliotece miejsce szczególne. Nigdy bowiem nie miałem do czynienia z aż taką mieszanką styli muzycznych. Niejeden po wysłuchaniu tego krążka przyznał, że albo zwariował, albo coś jest nie tak z muzykami z Finlandii. Wcale się nie dziwię. Z czym mamy do czynienia?

Album jest siódmym w dorobku grupy. Wyobraźcie sobie mieszankę death metalu, hip-hopu, opery, techno i muzyki klasycznej, granej przez prawdziwą orkiestrę. Chore? Co najmniej pozakręcane :) Jednak, jak się okazuje, sprawdza się idealnie. Sześćdziesięciominutowy utwór, w którym splatają się te wszystkie style muzyczne to nie lada wyzwanie dla twórców. Trzeba przecież tak to połączyć, żeby nie sprawiało wrażenia sztuczności i stanowiło dzieło spójne i przekonujące... Finom z Waltari udało się to! Kiedy po raz pierwszy moje uszy zaatakowała "YYDD", padłem na twarz z wrażenia. Eksperyment muzyczny, który postawił na głowie wyobrażenie o muzyce progresywnej! A przecież ta muzyka penetrowała do tej pory rejony naprawdę niezbadane i wydawało się, że niewiele już zostało do odkrycia...

Całe wydawnictwo opowiada historię niejakiego Johna Doe, który, wciągnięty w wir wszeobecnej informatyzacji społeczeństwa miota się między zatraceniem w chaosie a niebem. Temat, wydawałoby się, dziwaczny. I racja! Główne postaci dramatu, to jest wspomniany John, Maszyna i Anioł reprezentują trzy zupełnie odmienne style muzyczne i wyrażają się w zupełnie inny sposób. Jest tutaj wokal Kartsy Hatakki - lidera Waltari, który porusza się po szerokich wodach typowego rockowego darcia paszczy jak i... hiphopowych rymów, opętańczy, wypruwający wnętrzności deathowy ryk Tomiego Koivusaari (a wyziew ma ten Pan potężny!) i słodkie, potężne i monumentalne wokalizy operowe, które wykonuje Eeva-Kaarina Vilke,prawdziwa diva operowa. Opisując płytę, należy koniecznie wspomnieć o jednej ważnej rzeczy - "YYDD" powstawało od początku jako spektakl, mający w przeznaczeniu zostać wystawionym na żywo. Nie sposób więc odebrać poprawnie płyty nie posiłkując się w tym celu video, jakie można było obejrzeć dosyć dawno temu w telewizji lub zamówić na stronie Zespołu - a warto, bo wrażenie jest piorunujące. Proszę, wyobraźcie sobie wielką scenę, na której obok orkiestry symfonicznej i kobiety, przebranej za anioła znajduje się zestaw muzyków w iście blackowych makijażach i zarośnięty "rzygacz", który ryczy do mikrofonu jak najlepszy fachowiec! A to wszystko splata się w jedno. Masakra, jednym słowem masakra! To jest prawdziwa awangarda w muzyce.

Zaczyna się delikatnymi, narastającymi dźwiękami instrumentów smyczkowych. A potem wpadamy w szaleństwo. Elektryczne gitary, do tego wciąż orkiestra, growl, lekko szaleńczy wokal Kartsy`ego i arie, a wszystko przerywane co i rusz wstawkami niczym z muzyki klasycznej. Rzecz naprawdę niespotykana. Kiedy wszyscy naraz zaczynają używać specyficznych dla siebie środków wyrazu, stajemy na przeciwko ściany dźwięku. I tak jest do końca. Kiedy myśli się już, że nic nowego na pewno nie usłyszymy, nagle... Dostajemy techno! I to takie wbijające w fotel, prymitywne i łupiące czaszkę na fragmenty. Normalne? Pewnie tak, ale który wykonawca techno zaczyna rapować i... growlować w połowie utworu, tylko po to, by zaraz zostać wspartym przez muzykę symfoniczną? A owa muzyka często nie jest symfoniczna tylko bardziej kameralna, gdzieś tam unosi się duch Strawińskiego i Bartoka, słychać także, że Waltari znają twórczość takich tuzów rocka kameralistycznego jak Art-Zoyd czy Univers Zero...

Tekstowo całość nie odbiega od powszechnie utartych wzorców; cóż, zbyt ambitna nie jest. Ale nie o teksty tu chodzi. Chodzi o kompozycyjny geniusz muzyków z Waltari. Chodzi o to, jak perfekcyjnie potrafili połączyć wszystkie chyba współczesne gatunki muzyczne. Ta płyta nie nudzi! Po prostu powala. I choć wielu twierdzi, że to raczej kabaret niż porządna muzyka, to wiem jedno - w szaleństwie jest metoda. A ta metoda pochodzi z Finlandii! Za to, za tą niesamowitą mieszankę gatunków i świeżość (Boże, jak to musiało brzmieć w 1996 roku, skoro aż tak rozsmarowywuje teraz?) "Yeah yeah, die, die!" otrzymuje ode mnie ocenę dziewięciu punktów na dziesięć.

Wielkie podziękowania dla Dobasa ;)

2003-02-10
Comments